Link 04.06.2005 :: 21:06
Komentuj (9)Tak więc[i proszę mi tu bez uwag, że nie zaczyna się od "więc", bo ja w ten właśnie sposób zaczynać bardzo lubię, i zaczynać będę, z przekory czystej, jak to ja przeważnie, a tak to się zfrustruję niepotrzebnie]nauka może i nauką, zagrożenia zagrożeniami, ale weekend bez imprezy to być nie może. Tym bardziej po tygodniu zarywania każdej nocy na rzecz doedukowywania się z zakresu przedmiotów ścisłych. Więc oczywiście popołudnie całe z gronem nowych jakichś znajomych, ale czy to ważne, nowi czy starzy? Ważne, że byli. Ważne, że był grill, alkoholi masa cała i zabawa. Ale dodać muszę, że jeślibyście sami chcieli nocą wracać przez las do domu, znajdując się w okolicy, której nie znacie - to tego nie róbcie. Osobiście dostała bym była palpitacji serca i zeszła na zawał, gdyby nie uprzejmość K., który zaoferował się odprowadzić mnie do umówionego miejsca spotkania z rodzicielką. A dziś nastąpić miał edukacji ciąg dalszy, bo tak właśnie wapnu mojemu kochanemu obiecałam. Czy dodawać muszę, że z planów tych wyszło jajo, i o kinetyce się nic a nic nowego nie dowiedziałam? Niech mi moi rodzice wybaczą, ale zaprawdę powiadam Wam - na kacu to się uczyć nie da.
Link 09.06.2005 :: 18:04
Komentuj (3)Niesamowicie szybko minął ten rok szkolny. W zasadzie, jakby go nie było. W zasadzie, to dla mnie go nie było. Ale dopiero teraz, po podliczeniu frekwencji zdałam sobie sprawę, że nawet w połowie lekcji nie uczestniczyłam. Przypomniała mi się moja obietnica dana w gimnazjum - "za rok, to wy mnie w szkole nie zobaczycie". I żeby mi ktoś teraz przypadkiem nie wypominał, że niesłowna jestem, bo jestem bardzo. A dowodem na to może być chociażby zaczepka Biologa, gdy po raz pierwszy od nie wiem kiedy zobaczył mnie w szatniach: kochana, daj ty mi przynajmniej swoje zdjęcie, to sobie w klasie powieszę, jeśli to jedyny sposób na widzenie cię częściej niż raz w miesiącu...
Link 14.06.2005 :: 22:01
Komentuj (2)No to się doigrałam...chora. A tyle zaliczeń jeszcze przede mną. Na żadne nieobecności pozwolić sobie nie mogę :|
Link 16.06.2005 :: 17:01
Komentuj (9)Zdałam!!!
I na gratulacje teraz czekam:)
Link 20.06.2005 :: 16:45
Komentuj (18)Leje się tequila, a my gramy w bilard…czyli imprezowo mi, wakacyjnie, lekko, ciepło, przyjemnie. Przed nami do zarwania siedemdziesiąt nocy, albo koło tego coś i czyż nie napawa to niesamowitym optymizmem? Nawet na dyskoteki mi się zachciało wyruszyć, chociaż zwykle stronię, bo na widok lansiarzy z żelem we włosach i pomadką do ust w kieszeni zwraca mi się przedwczorajszy posiłek. Ale wytańczyć się trzeba, wyżyć. Gdyby tylko nie przymus uciekania co dwa utwory na drugi koniec parkietu od jakichś nowo poznanych panów [aha, we do it for fun]. Ale nic to, teraz to ja mam dynamit wypełniony miłością, i spokojnie, spokojnie, do wszystkiego z dystansem podchodzę, bo śmiech to zdrowie, prawda? A dzisiaj dziecko wybiegło wesoło ze szkoły, zapaliło papierosa i do Antyku na piwo, bo dawno już nie byłam, a klimat tam niesamowity, i miasto jest nasze [nie może być inaczej!]. A jutro? Drin za drinem pewno, bo pobyt u Małej zwykle tak właśnie się kończy. Czyli ogólnie, pozytywnie: carry on smilin’ and the world will smile with you! Jestem szalona…heh:)
Link 24.06.2005 :: 22:38
Komentuj (3)Zły humor. Bo impreza końcowa się nie udała i znów podjęłam pare błędnych decyzji. Zmęczona, zdołowana i do niczego się nie nadająca wróciłam do domu. Opis na gadu:
"Wszystko mi się zjebało i wszystko zjebałam! Dzięki za takie wakacje!"
Po trzydziestu niespełna sekundach podłącza się do mnie kolega:
Marcin (21:34)
czemu Twój opis tak okrutnie i jednoznacznie wyraża żal smutek i niepohamowaną złość w stosunku do własnej osoby?
i jak tu czasem nie kochac swoich znajomych?;>
Link 28.06.2005 :: 19:41
Komentuj (7)Cała nocka pięknie zarwana. Siedem kilometrów lasem. Bilard darmowy i martnini w naszym wykonaniu. I dawaj, gramy z barmanem, aż do wschodu, aż nam to martini do głów nie uderzyło trochę, bo cała butelka i piwko, dym szary, vogue, prawie że bil nie widać. Ale dajemy rade, nie? I zakłady, i znów o kolejne butelki, bo grać nam przyszło z panem pod czterdziestkę, który widać kasy ma na zbyciu, a że jutro przecież do kalingradu interesy załatwiać jedzie, to oblać trzeba. I powrót do pensjonatu znów, siedem kilometrów drogą pod górę w deszczu. Czwarta nad ranem, oczy niewyspane. Spać idziemy, do czternastej kulturka i chillout. Takie wakacje uwielbiam. Takie powinny być.